sobota, 14 stycznia 2017

~00.


00. Każdy początek jest końcem tego, co miało być wieczne.




 ~~ *~~

- Lily… Muszę ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego. – zaczął nieśmiało.
Przyjrzałam się dokładnie jego twarzy, na której widoczne były drobne zmarszczki świadczące o zdenerwowaniu. Splotłam ze sobą nasze palce, by dodać mu otuchy bez względu na to, co za chwilę miałam usłyszeć.
- Lily ja… - Jego głos zadrżał.
  Poczułam jak narasta we mnie niepokój. Nadmiar emocji, który bił z jego ciemnych oczu napawał mnie lękiem. Co takiego chciał mi powiedzieć? Czego się bał?
Stanęłam na wprost niego, tak, by nasze twarze dzieliło jedynie powietrze.  Bałam się, że jeśli odwrócę od niego wzrok, zniknie. Rozpadnie się na milion kawałeczków.
- Fran,  co się stało? Przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko…
Chłopak uśmiechnął się nerwowo. Na moment zapadła cisza.
- Czy chce czy nie, muszę Ci to powiedzieć. – odparł i odwrócił wzrok.  – Wiesz, że cie kocham? – spytał znienacka.
 Uśmiechnęłam się najserdeczniej jak potrafiłam. Chciałam tym samym dodać mu nieco otuchy.
- To wszystko głuptasie, co chciałeś mi powiedzieć? – Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że ta cała zmiana nastroju może być zapowiedzią późniejszej tragedii, która miała zmienić moje perfekcyjne życie nie do poznania.  Zbliżyłam się do niego – Owszem, wiem i tak się składa, że ja kocham Ciebie.
Spotkały się nasze spojrzenia.  W jego oczach lśniły łzy, a uśmiech zniknął z mojej twarzy tak szybko jak się pojawił.
- Ja…- zająknął się – wyjeżdżam.
Moje serce zamarło.
- Kiedy? – spytałam jak gdyby nigdy nic, oszukując tym samym samą siebie.  Gdzieś wewnątrz mnie toczyła się walka. Za wszelką cenę starałam się sobie wmówić, że to nic nie znaczy. Że to wszystko jest tylko chwilową sytuacją, która niczego nie zmienia.
- Jutro. – Odpowiedział po dłuższej ciszy.
- No to dobrze, pojedziesz jutro. Odwiedzisz rodzinę, odpoczniesz sobie. – Uśmiechnęłam się przez łzy wciąż powtarzając w głowie te same słowa. Moje serce wiedziało czym ta rozmowa miała być, lecz rozum nie chciał przyjąć tego do wiadomości. – A kiedy wracasz?
Chłopak puścił moje dłonie, które nagle zrobiły się niesamowicie ciężkie.  Przygryzłam wargę. Narastająca cisza stawała się co raz głośniejszą odpowiedzią. 
Zrozumiałam jak bardzo się pomyliłam, zrozumiałam, że nie powinnam wmawiać sobie tych wszystkich kłamstw, które szeptała mi do ucha nadzieja.
- Nigdy.
Zakręciło mi się w głowie.
- Powiedz, że sobie żartujesz – powiedziałam drżącym głosem, ledwo trzymając się na nogach – albo, że to sen i że zaraz się z niego obudzę i wszystko będzie tak jak zawsze…
- Nie utrudniaj mi tego – powiedział unikając mojego spojrzenia. - Dla mnie to też nie jest łatwe.
- Ja mam ci nie utrudniać?! – krzyknęłam zdesperowana i ujęłam jego twarz w dłonie.  – Nie możesz wyjechać. A co ze mną? Co będzie z nami? - wyszeptałam.
Pozwoliłam ciepłym łzom spłynąć po policzkach. Nie musiał odpowiadać bym poznała odpowiedz.  To było proste, a za razem niezwykle trudne.  Francesco wyswobodził się z mojego uścisku i zamknął mnie szczelnie w swoich ramionach.  To był ostatni raz, kiedy poczułam jego dotyk  na  skórze...  A potem odszedł szybkim, pewnym krokiem a każdy kolejny ruch otwierał w moim sercu nowe rany.
Łzy zamazywały mi obraz niknącej za linią horyzontu sylwetki człowieka, którego kochałam. To było najsmutniejsze z pożegnań, jakich kiedykolwiek doświadczyłam. To był dzień przepełniony pustką. A każdy kolejny miał nie przynieść niczego nowego. Właśnie tym miało smakować życie bez Francesco. Nicością.
Przycisnęłam dłonie do ust starając się uspokoić drżące wargi, które jeszcze chwile temu były całowane z taką pasją i dziką namiętnością.
On odszedł. A razem z nim wyblakły wszystkie kolory.
On naprawdę odszedł... I zabrał ze sobą wszystko to, co kiedykolwiek kochałam.